Zmiana trasy

Któż z nas nie próbował bądź nie chciał choć raz zmienić swojego życia? Tak totalnie- zaczynając od zera, od pustej głowy bez uprzedzeń, napełniając ją na nowo umiejętnościami i pomysłami?

most-drzewa-1


Najbardziej motywujące jest niezadowolenie z miejsca w którym jesteśmy. Bo jeżeli mamy dobrze rozwiniętą wyobraźnię, bez trudu potrafimy wyobrazić sobie co będzie za trzydzieści lat. W głowie zaczynają świtać myśli: Co jeśli  będąc sześćdziesięciolatkiem będę w tym samym miejscu- na tym samy stanowisku? A jeśli nawet będę wyżej, lecz w tej samej firmie? Czy tego chcę? Czy jeśli zmienię zakład pracy, lecz zostanę w podobnej branży, to będę usatysfakcjonowany? Co czujesz zadając te pytania?

Bo ja frustrację.
Gdybym mogła zmienić przeszłość, nie wahałabym się. Wybrałabym inny kierunek studiów, doświadczenie zdobywałabym już podczas nauki w szkole, zamiast tańczyć na akademickich stołach ze znajomymi. Bardziej ukierunkowałabym się na przyszłość i na cele, które chcę osiągnąć i dziś nie narzekałabym, że robię bzdurne rzeczy za śmieszne pieniądze. Byłam leniwą konformistką, to teraz mam…

Człowiek nabiera mądrości i pokory z wiekiem. Jedni wcześniej, inni później, choć nie bez znaczenia jest tu zapewne wychowanie. Bogaci, przedsiębiorczy rodzice wychowają dziecko na samodzielne i sprytne, podczas, gdy etatowi opiekunowie bez wiary w marzenia pokażą dziecku pracę jedynie jako smutny, lecz niezbędny sposób na zarabianie pieniędzy. By starczyło do 1-ego.

Nie mogę wpłynąć na przeszłość, ale mam przyszłość przed sobą. Mogę sporo zmienić, mogę się przebranżowić. To trudne, czasochłonne i wymaga poświęceń. Czy zatem warto? Na szybko zrobiłam kalkulację w głowie: jeżeli teraz mam 30 lat, a moje studia wstępne trwają dwa lata plus czteroletni program licencyjny, dodać praktykę i staże, to na swoim będę w wieku 36 lub 37 lat. Do tego czasu będę się uczyć, praktykować i płacić około 3.500-4.000 zł rocznie. Pomnożyć przez sześć lat, w sumie 21.000-24.000 złotych. Po drodze książki, podręczniki, kserówki, pisanie pracy dyplomowej, praktyka własna, która też wymaga nakładu. Stoję pod znakiem zapytania.

Rozpoczynając pracę na wymarzonym stanowisku będę w pięknym wieku średnim, podczas gdy znajomi po fachu będą już mogli poszczycić się niejednym osiągnięciem, pracą czy książką powstałą przez lata własnych obserwacji. Warto?

Coach i trener rozwoju osobistego, Michał Pasterski zachęca by to zrobić, w myśl zasady, że nigdy nie jest za późno. Nawet jeśli mielibyśmy rozpocząć ukochaną pracę w wieku 40 lat, to czy nie warto dla tych 20-30 lat, które zostały do emerytury? Nigdy nie jest za późno, by zacząć się realizować i spełniać marzenia. Niech za przykład posłużą tu Uniwersytety Trzeciego Wieku, które cieszą się popularnością wśród ludzi młodych duchem, choć nie metryką. W którymś momencie w końcu musimy spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że nikt nie ofiaruje nam szczęścia, satysfakcji i spełnienia, wszystko jest tylko w naszych rękach.

A co jeżeli zmiana trasy przyniesie rozczarowanie? Koszty nauki nie zwrócą się, nie będę mieć klientów lub nie skończę szkoły, bo zabraknie mi pieniędzy? Co jeżeli nie będę mieć czasu na ukochane książki, kino, znajomych, albo co gorsze- nowa praca nie przyniesie oczekiwanej satysfakcji bo piękna była jedynie w marzeniach?

I tak wygram. W końcu będę bogata w doświadczenie, która odpowiednio przefiltrowane zamieni się w mądrość i radość. Bo tym jest życie przecież- doświadczaniem, empiryzmem w każdym drobnym przejawie. Kim byłby poeta, który nie doświadczył miłości? Tym samym co marzyciel nie sięgający gwiazd. A przecież właśnie dzięki marzycielom i idealistom mamy komputery, Mcbooki, żarówkę czy cyfrowy aparat. Najtrudniejsze jest podjęcie decyzji, bo za pierwszym krokiem przychodzą następne i nagle jesteśmy w procesie. W wielkim procesie zmiany, życia, chwytania odległych dotąd marzeń za złoty ogon.


Zdjęcie: www.tapeta-most-drzewa-1.na-pulpit.com

Przyjaciele

Era facebookowych znajomości nie sprzyja zawieraniu głębokich przyjaźni. Szybko się nudzimy i łatwo porzucamy to, co brzydkie i niewygodne, np. trudne emocje widziane w drugim człowieku. Przyjaźń wymaga cierpliwości i pełnego zaangażowania, a dziś tak trudno o czas i chęci…


1

Nie jestem łatwym przyjacielem, wręcz przeciwnie. Dąsam się, często przeklinam wyprowadzona z równowagi, obrażam za nieustannie milczący telefon, zabijam w myślach za choćby mały akt nielojalności… Tak. Jestem cholernie trudną osobą. I pewnie dlatego w moim życiu przyjaźnie stanowią krótką i ulotną chwilę. Poznaję kogoś, trochę się w nim zakochuję, przyglądam w nim jak w lustrze, by ostatecznie zacząć powoli szykować się do wyjścia. Bo mamy inne drogi, inne cele, marzenia i poglądy. Bo przeżyliśmy inne rzeczy, doświadczyliśmy innych zjawisk i na innych poziomach. A czasem dlatego, że postawiłam na złą kartę, przyjaźń zawiesiłam na cienkiej lince mówiąć „wybieraj!”, w myśl zasady że lojalność jest wartością nadrzędną. Niespełniona popychała do kasowania numeru i zapominania o adresie. Tak łatwo jest zapomnieć o sobie wzajemnie, nawet gdy nazywaliśmy siebie przyjaciółmi po grób. Bo oto powstał grób życiowego etapu. Szast prast, przyjaźń umyka niczym płochliwy zając…

Miałam przyjaciół przez większość swojego życia. Lecz zawsze na chwilę. Przyjaciółka na rok, przyjaciel na dwa, czasem dłużej. Potem każdy żył osobno. Inni ludzie, inne miasta, priorytety… Czy staraliśmy się za mało? A może rozdzieliły nas czas i przestrzeń, odległość kilometrów? A może nie traktowałam jej nigdy zbyt poważnie, twierdząc że bez niej spokojnie da się żyć…

Dziś, z perspektywy osoby niespełna trzydziestoletniej widzę, jak bardzo mi brakuje przyjaźni szczerej, fizycznej lecz nieseksualnej bliskości i kontaktu z drugim człowiekiem. Szukam przyjaciół jak narkoman na głodzie; w kobietach szukam sióstr, których nigdy nie miałam, w mężczyznach zachwytu, siły i zdecydowania. We wszystkich- zrozumienia i całkowitej akceptacji. Dlaczego? Bo sama nie potrafię ich sobie dać. Przyjaciel jest nie tylko prezentem w postaci bezwarunkowej miłości, lecz także przejrzystym zwierciadłem i przyjaznym choć często bolesnym feedbackiem, informacją, że czas wziąć się w garść.

Czy umiecie się przyjaźnić- teraz gdy relacje oparte na prawdziwych emocjach przestały mieć znaczenie a na facebooku wszyscy kipią radością do porzygania? „Cześć, jak leci?”. „Dobrze, dzięki. A co u ciebie?”. „Też zajebiście”. Ot krótka historia „przyjaźni”, która wymaga jednak więcej zaangażowania niż sumiennego stwarzania pozorów szczęścia. Bo nie sztuką jest silić się na uśmiech, sztuką jest zapłakać przy drugim człowieku, gdy świat się śmieje.

Moja terapeutka zapytała mnie kiedyś, masz przyjaciół? To było trudne pytanie. Tyle razy się zawiodłam, tyle razy ludzie zawiedli się na mnie, w dodatku świat co chwilę daje dowody wszechobecnej przemijalności. Czy mam przyjaciół? Kogoś na dobre i na złe, kogos komu ufam, przy kim mogę być całkowicie sobą bez maski i wyrzutów sumienia? Trudno jest mi dziś odpowiedzieć twierdząco, w obawie, że coś stracę. Tak łatwo przyjaźnie okazywały się zwykłymi znajomościami. Wiem jedno. Na dłuższą metę bez przyjaciół nie można być szczęśliwym człowiekiem. Potrzebujemy żywych relacji ze światem i przynajmniej jednej osoby która zawsze będzie miała otwarte drzwi i serce, gdy świat się zamknie. Wiem też, że każdy mężczyzna potrzebuje drugiego mężczyzny, tak jak każda kobieta oparcia w drugiej kobiecie, żeby przejąć od siebie archetypowe właściwości. Ty masz seksapil, ja mam ciepło. Wspólnie możemy się bardzo wzbogacić i wiele od siebie nauczyć.

Zaryzykuję stwierdzenie, ze nieumiejętność zaprzyjaźnienia się wynika nie tylko z obaw i złych doświadczeń, lecz także z nieumiejętności kochania samego siebie. Bo jak pokochać drugiego człowieka, skoro z samymi sobą mamy na bakier?

Gdzie jesteś moja przyjaciółko? Gdzie jesteś mój przyjacielu? Czy osadziłam Cię w zbyt nierzeczywistych realiach by nie móc dojrzeć Cię ciepłym uśmiechu codziennie mijanej osoby na ulicy?

W rytmie serca

Ile to już razy zrobiliśmy coś wbrew sobie, by zadowolić otoczenie lub upewnić je, że wszystko z nami w porządku? Szukamy aprobaty jak myszy tłustego sera, nie licząc się z tym, że złapiemy się w misterną pułapkę zdrady wlasnych przekonań. A gdy zdradzimy samych siebie, to nie potrafimy już ufać swoim wyborom. To rzecz taka sama jak z mało lojalnym kochankiem. Aby ufać, musimy wiedzieć, że partner jest zawsze i całkowicie lojalny. Tak samo my, sami wobec siebie musimy być uczciwi i lojalni do samego końca.

pobrane


Próbowałam to robić wielokrotnie- być kimś innym niż jestem. Tańczyć na stołach, śmiać się do rozpuku z nieśmiesznych żartów, mówić głośno, choć to dla mnie nienaturalne, udawać zaciekawienie podczas niemądrych rozmów na tematy niskich lotów. Próbowałam pić czego nie piję i jeść czego nie lubię, bo wypada w towarzystwie. Bo wypada być elastycznym, swobodnym i rozluźnionym.

I choć na zewnątrz pewnie wszystko wyglądało dobrze i poprawnie, w środku skręcałam się wewnętrznie marząc by uciec, wcisnąć pedał gazu by się stąd wydostać, by zrzucić niewygodne koronki i położyć się na łące pachnącej wilgotną glebą i patrzeć we wschodzący księżyc.

A gdyby mogło tak być naprawdę?
Wyobraź sobie, że nic nie musisz.
Że możesz być kim zechcesz. Że nareszcie zawsze i wszędzie możesz być sobą.

Nikt Cię nie krytykuje, nikt do niczego nie przymusza; czujesz wokół miłość, ciepło i tolerancję.
Czujesz sympatię ze strony otoczenia, bo jesteś. Po prostu. Tylko i aż dlatego.
Czy to nie piękne?

A teraz posłuchaj- naprawdę może tak być!
I nie zamierzam namawiać Cię do zmiany otoczenia, wykluczenia pojedynczych znajomych czy innych, podobnie absurdalnych pomysłów. Zamierzam powiedzieć, że możesz być tym kim jesteś w rzeczywistości. I że to jaki jesteś jest dobre i właściwe.

Nie chodzi o to by tkwić po uszy we własnych przywarach jak w szlamie pełnym niedoskonałości. Ale dopiero całkowicie uczciwa akceptacja tego jaki jesteś pozwoli Ci pójść dalej i dokonać takich zmian jakie uznasz za słuszne. I niech będą to zmiany, które Tobie przyniosą korzyści. Bo im bardziej dbasz o siebie, im bardziej siebie kochasz, szanujesz i akceptujesz to, kim jesteś, tym żyjesz bliżej swojego serca. Zaczynasz wyczuwać jego rytm. Zgrywasz się z nim i oddzielenie przestaje istnieć w Twoim życiu.

Myślę, że zrozumienie, iż to my mamy być dla siebie najlepszymi przyjaciółmi jest kluczem do dojrzalej relacji z życiem. Bo jeśli kochasz siebie, to przyciągasz wszystko co najlepsze- stajesz się własną wizją i spełnionym, chodzącym marzeniem. W Twoim towarzystwie pojawiają się wówczas właściwi, bo serdeczni ludzie, dostajesz od życia takie lekcje jakich potrzebujesz, podobnie jak miłe niespodzianki z wiecznie brzemiennej przestrzeni.

Prawdopodobnie trudno jest być autentycznym w młodym wieku. Mamy jeszcze za mało mądrości i doświadczenia by docenić własne towarzystwo i to jak wielkim skarbem jesteśmy. Niemniej jednak możemy z tym pracować. Każdego dnia możemy ufać sobie coraz bardziej- szanować własne granice, być asertywnym, pozytywnym człowiekiem, który ma prawo iść własną, choćby krętą drogą i spełniać osobiste marzenia. Mamy prawo sprawdzać, próbować, popełniać błędy. Powiedz NIE, jeżeli czegoś nie czujesz, powiedz TAK, gdy coś do Ciebie przemawia. Całkiem niedawno uwiodły mnie słowa Krystyny Jandy, mądrej i dojrzalej kobiety, którą cenię za sposób bycia, ciężką pracę i temperament. Czyż jej słowa, nie powinny wisieć nad łóżkiem większości z nas, wiecznie potrzebujących ludzkiej aprobaty, zapominając że najistotniejsza mieści się w naszym centrum Wszechświata? W sercu…

„Dla mnie receptą jest niezmuszanie się do niczego. Ja robię to, na co mam ochotę. A na szczęście mam ochotę pracować. Ja nie spotykam się z ludźmi, z którymi nie chcę się spotkać. Nie czytam książek, które mnie nudzą, nie oglądam filmów… Od pewnego momentu uznałam, że nic nie muszę ani nie powinnam nawet. Takie słowo „powinnam” też wykreśliłam.”

Cudownego dnia Kochani! Mnóstwa akceptacji, miłości i zrozumienia dla siebie samych 🙂


Zdjęcie: www.wellness-workshop.com

Marzyciele

Podobno wiara we własne możliwości jest kluczem, by dojść do upragnionego celu podróży. Turystycznej jak i tej metaforycznej, zwanej życiem, czy życiową misją. Wiem, że głęboka wiara przenosi góry i pompuje mentalne muskuły, ale często nie mam pomysłu skąd ją brać. Gdzie mieszka wiara? Jak ją znaleźć? Jak po nią sięgnąć, gdy brakuje sił by iść pod górę na własnej, często krętej ścieżce?

writer


Droga wcale nie musi być zanadto kręta czy trudna. My sami możemy iść z trudem na dość prostej i przejrzystej drodze, którą obraliśmy za cel lub środek do celu, musząc przecież jakoś żyć

Bo przecież głupio tak spędzić życie przed telewizorem.

Więc wymyślamy sobie mniej lub bardziej kreatywne cele, marzymy, szukamy a czasem po prostu coś nas woła i jest niczym zew przyrody dla dzikiego wilka. Wzywa nas pasja, pragnienie prosto z serca, które nigdy nie miało czasu się zlęknąć. A gdy wchodzimy na ów wymagający szlak pojawiają się przeszkody, które owszem są do przebrnięcia, pod warunkiem, że niczym as w rękawie mamy pakiet zdobytych umiejętności lub chociaż wiary, że wszystko jest do zrobienia.

Zobaczyłam jak wiele jest we mnie wątpliwości odnośnie tego co robię, kiedy wczoraj miałam okazję poznać wydawcę książek, który przez niemal trzydzieści lat był właścicielem sprawnie działającego wydawnictwa książkowego. Sytuacja była nietypowa, bo jechałam z nim samochodem do naszej wspólnej przyjaciółki. Od słowa do słowa, i ku mojemu radosnemu zdziwieniu stwierdziłam, że oto mam obok siebie doświadczonego człowieka, który może opowiedzieć o książkach od strony kuchni. Zaczęłam pytać.

Ile czasu zajmuje wydanie książki?

Dużo. Bardzo dużo czasu. Może rok, czasem dwa. W zależności od tekstu, od jego jakości i tego jak bardzo wymaga poprawy.

Czy dużo tekstów wymaga poprawy?

Wszystkie- usłyszałam w odpowiedzi. Bo autorowi zwykle wydaje się, że skoro tak łatwo i lekko mu się pisało, to tekst będzie również łatwy w odbiorze. A często jest zupełnie odwrotnie. Są mniej lub bardziej widoczne błędy stylistyczne, językowe, frazeologia i konstrukcja zdań.

To ile faktycznie nakładasz tych poprawek?

Czasami pokreślone są cale utwory- ku oburzeniu ich autorów…

A co jest dla ciebie decydujące przy wyborze jakiegoś konkretnego dzieła do druku?

Często kilka pierwszych stron, często czas i pora.

Czas i pora?

Tak. Jeżeli otrzymałem tekst dajmy na to z samego rana a miałem miałem dużo tematów do ogarnięcia, to teksty przechodziły obok niezauważone. A gdy dostałem jakiś tekst w wolniejszym dniu, lub w godzinach wieczornych, gdy właśnie udawałem się na spoczynek, to brałem co właśnie do mnie dotarło; czytałem, podobało mi się więc szło do druku.

Z poprawkami…?

Oczywiście. Na tym polega opieka redakcyjna.

Dużo książek odrzuciłeś?

Setki a może tysiące. Nieprzerwanie coś odrzucałem…

Rany, to musiało być strasznie bolesne dla autorów. Przecież oni wysłali coś do wydawnictwa z wiarą, że się uda, a tu porażka. Powiedzmy, że wysłali jeszcze do kilku lub kilkunastu innych wydawnictw, wszędzie były odmowy publikacji i teraz pewnie zadają sobie pytanie: jak dalej żyć? Przecież to musi strasznie podważać poczucie własnej wartości?!

Ja nigdy nikogo nie skrytykowałem. Po prostu decydowałem o nieprzyjęciu książki do druku…

***

Ścisnęło mi się serce na myśl o takich wrażliwcach jak ja, którzy spoconymi dłońmi wrzucają swój bezcenny materiał do skrzynki pocztowej wierząc, że tym razem się uda. A tu nic. Odmowa. Pani, Panu już podziękujemy.

Z jednej strony rozumiem wydawcę, który przecież jest przedsiębiorcą i aby żyć, utrzymywać siebie i prosperujące wydawnictwo musi prawdopodobnie od pewnych rzeczy się odciąć. Od ludzkich emocji, zawiedzionych oczekiwań, złudzeń, których właśnie pozbywa rzeszę młodych ludzi.

Z drugiej jednak strony, ja sama mając marzenie o wydaniu książki dla dzieci nie wiem czy ze swoją wrażliwością i lękiem odważyłabym się na to by zostać odrzuconym, skrytykowanym lub po prostu pozostawionym samej sobie- która nie wie co było nie tak, dlaczego otrzymałam odmowę publikacji, co zmienić i gdzie szukać rady i rzetelnej wiedzy.

Podczas tej jednej rozmowy w samochodzie przypomniał mi się bohater Jacka Londona, Martin Eden, który wysyłał teksty do wszystkich możliwych wydawnictw, gazet i czasopism, raz po raz otrzymując w odpowiedzi : „Szanowny panie Eden. Dziękujemy za cenny literacko tekst; nie mniej jednak redakcja jest zmuszona go panu zwrócić, gdyż nie może pozwolić sobie na jego wydruk. Z poważaniem, Redaktor Naczelny”. 

Zobaczyłam nagle w wyobraźni rzeszę takich Martinów Edenów, którzy niestrudzenie każdego dnia wstają skoro świt, zaparzają wielki dzbanek kawy i piszą, piszą bez opamiętania aż do zachodu słońca. A potem szukają możliwości, wysyłają teksty, mailują do redakcji, próbują, zbierają pieniądze na self-publishing. Podziwiam pasjonatów. Podziwiam wszystkich, którzy nie przestają marzyć i wciąż wierzą, że kiedyś przecież musi się udać. Że raz wysłana energia wróci z przestrzeni niosąc kosz obfitych owoców. Nie sławę, nie pieniądze i nie rozgłos.
Ale spełnienie, które pozwoli pomyśleć:

Uwierzyłem.
Robiłem to.
Pokonałem przeszkody.
Udało się.


Zdjęcie: 0ducks.wordpress.com 900

I że cię nie opuszczę…

… aż do kryzysu. Aż do znudzenia a może spotkania kogoś lepszego. W krótszej spódnicy. Z lepszym nosem lub szybszym samochodem. Nie opuszczę cię dopóki mi nie przeszkadzasz, dopóki nie chrapiesz i żyjesz na moich warunkach… Nie opuszczę cię aż do śmierci naszych złudzeń.

bukiet1


Krótkie jest życie dzisiejszych relacji. Na palcach jednej dłoni mogę policzyć szczęśliwe małżeństwa, plus kilka partnerstw bez ślubu. Zmieniamy siebie jak rękawiczki lub zużyty towar po skończonej gwarancji. Przyzwyczailiśmy się do suplementacji, więc zastępujemy sobie wzbogacające duchowo związki przygodnymi znajomościami albo randkowaniem bez zobowiązań, w najgorszym wypadku samotnym piwem przed telewizorem.

Co jest przyczyną?

Oczywiście oczekiwania. Mamy ich zbyt wiele i zwykle dalece odbiegają od rzeczywistości. Chcielibyśmy, aby partner był taki jakim go sobie wyśniliśmy. Male potknięcie czy drobna pomyłka przekreślają wszystkie zgromadzone miesiące czy lata wspólnego bycia. Jesteśmy mało tolerancyjni a przede wszystkim nieszczęśliwi. Wierzymy telewizji i producentom filmowym, że druga osoba jest po to, by wypełniła cały świat, nosiła nas na rękach i karmiła gwiazdkami z nieba.

A to nie tak. Tu tkwi podstawowy błąd myślenia: że oto ktokolwiek będzie miał moc sprawczą, by nas uszczęśliwić.

Ale wiesz co? Nikt nie ma takiej mocy, oprócz Ciebie samego.
Ty sam możesz kochać siebie najmocniej na świece, bez aleze wszystkimi wielkimi i małymi wadami, siebie chrapiącego, smutnego, nerwowego i z podkrążonymi oczami. W wyciągniętych dresach i objadającego się tabliczką czekolady. Możesz siebie kochać bez ograniczeń, miłością jaką chcesz i możesz podarować sobie wszystko, czego zawsze pragnąłeś od drugiego człowieka.

A więc co sobie dasz? Czym się obdarzysz? Jaka będzie to miłość?

 Miłość i dzieciństwo

Psychologowie są zgodni- że im mniej miłości i uwagi w dzieciństwie tym większa jej potrzeba w dorosłości. A to niestety popycha nas w ramiona kolejnych rozczarowań. Bo przecież żaden partner nie da Ci tyle miłości, uwagi, bliskości ile byś chciał. Ta dziura, ten nieprzyjemny deficyt będzie już w Tobie zawsze jeżeli sam go nie załatasz miłością i uważną opieką. Bądź dla siebie najlepszą mamą i najlepszym tatą na świecie. Rozpieszczaj się, wychodź na spacery, przytulaj i kupuj prezenty. Wspieraj w upadkach, motywuj do działania na wszelkich startach. Tak rośnie poczucie własnej wartości. Wiesz, że zasługujesz na miłość, bo każdego dnia ją otrzymujesz dając ją sobie. Rośniesz mentalnie, karmisz swojego ducha- wewnętrzne dziecko, które zawsze  chciało być kochane miłością absolutną i bezwarunkową. Karmisz siebie miłością, aż stajesz się jej pełen a kiedy ta energia się z Ciebie wyleje już nic nie będzie stało na przeszkodzie byś podarował ją światu.

W książce „Być kobietą i nie zwariować”, Katarzyna Miller namawia swoje pacjentki by się ze sobą zaręczyły, albo poszły jeszcze dalej i wzięły ze sobą ślub. A więc moi mili, moje miłe: sprawcie sobie coś co będzie symbolizowało wasz głęboki związek se sobą do końca tego życia i wszystkich innych żyć. Pokochajcie się, włóżcie sobie na palec pierścionek i wiedźcie, że nie potrzebujecie tego już od nikogo. Absolutnie NIKOGO. Wszystko co Was spotka na drodze będzie fantastyczną niespodzianką, darem z przestrzeni a pojawi się spontanicznie w najbardziej odpowiednim momencie. Miłość do siebie się opłaca. Jest zawsze autentyczna, głęboka, najczulsza, wspierająca, nietoksyczna i na zawsze. Jak zatem moglibyśmy chcieć być jeszcze uszczęśliwianym przez innych ludzi? Niech każdy z osobna dba o miłość do siebie, a świat będzie wzrastał.

Ty będziesz wzrastał.


Zdjęcie: slubnetapety.pl

Drewniane objęcia

Odkryłam ostatnio bardzo ciekawą rzecz. Że  jako dzieci wiedzieliśmy lepiej, bo żyliśmy bliżej siebie samych. Byliśmy świadomi na swój własny, nienazwany sposób a większość z nas była szczęśliwa nie z jakiegoś konkretnego powodu, lecz po prostu z faktu naturalnego oddychania. Co się zatem stało na drodze ku dorosłości?

Kama4


Mogę oczywiście mówić tylko za siebie, lecz śmiem sądzić, że wielu miało podobnie. Żyliśmy głębiej choć w nieskomplikowany sposób, w świecie przepełnionym gromkim śmiechem i radością z faktu że widzimy dżdżownicę, niebieskiego motyla czy pobliską kałużę, w której sprawdzimy nowe niebieskie kalosze. Pamiętam jak pewnego dnia, gdy już trochę podrosłam, miałam może 16 czy 17 lat zafascynował mnie spacer z małym jeszcze wówczas kuzynem. Chłopczyk miał cztery lata i zobaczył przy polnej drodze dwa spółkujące ślimaki. Wykrzyknął w radosnym zachwycie: „Zobacz! Kochają się!”. Dzieci wszędzie widzą miłość, bo sami są jej pełni.

Swoje dzieciństwo wspominam jako szczęśliwe. Miałam pełną rodzinę i żyłam na wsi. Tak- to że żyłam na wsi było wielkim prezentem od losu. Nauczyłam się żyć bliżej cyklów przyrody, w zawsze przyjaznych objęciach Matki Natury. Moje wakacje wyglądały tak, że wstawałam dość wcześnie, by zdążyć przed słońcem w zenicie nacieszyć się chłodnym powietrzem na opalonej buzi, pobiegać z psem po mokradłach, sprawdzić co żyje w trawach i przy pobliskich jeziorach. Potrafiłam przez kilka godzin siedzieć w ciszy nieopodal wielkiego stawu, by doczekać się widoku czapli, które na bajecznie długich nogach szukały żab na śniadanie. Pamiętacie „Zaklinacza koni”? Robiłam dokładnie to samo, nie znając książki ani filmu. Siadałam na wielkiej łące na której pasły się klacze i źrebaki czekając aż same do mnie przyjdą przekonane moją pokojową postawą. I przychodziły. Nawet najmłodsze, te najbardziej dzikie i jeszcze nieokiełznane przez ludzką rękę. Podchodziły obwąchując buzię, dając się głaskać i słuchając tego co mam do powiedzenia. Gdy wracałam razem z ukochanym psem do domu, one szły za nami a ja musiałam im tego zabraniać. Chyba rodzice nie wpuściliby do domu wielkich, włochatych koni.

Kama3

Wieczorami kładłam się na trawie na podwórku i namiętnie pisałam wiersze o przyrodzie i miłości. Słuchałam szumu wiatru wplątującego się w pobliskie brzozy, delektowałam się rechotem godujących żab a serce tętniło energetycznym szczęściem, które mogłoby zasilić prądem całą metropolię.

Gdzieś po drodze jednak gubiłam to szczęście i świadomość siebie samej. Dużą część zostawiłam w nieszczęsnym miejskim liceum, gdzie spotkałam paru mściwych i zgorzkniałych nauczycieli, wredną młodzież upijającą się w wieku 16 lat na sobotnich dyskotekach, wyśmiewającą każdą przejawioną formę wrażliwości w drugim człowieku. Potem przyszły studia a wraz z nimi kolejne rozczarowania- że nie są tym czym miały być, że wcale nie są pełne idealistów i marzycieli. Przyszły pierwsze poważniejsze rozczarowania miłosne i ludzki krytycyzm, który zablokował osobistą twórczość na dobrych sześć lat. Podarowałam całe swoje serce drugim osobom, pozbywając się jednocześnie własnej jakże przecież ważnej niezależności i odpowiedzialności za siebie a niektórzy partnerzy beszcześcili jego zawartość, ranili, zdradzali… Byłam zbyt młoda i niedoświadczona by cierpienie przekształcać w mądrość, więc zamurowałam własny świat przed ludźmi, którzy czegoś mogliby chcieć. A ja nie miałam już nic do dania.

Spotkałam hałas, głebokie pomieszanie i niewiedzę ludzką. Zagubiłam się w mrugających neonach miast, w krętych uliczkach, trąbiących samochodach, kolorowych reklamach na banerach. Sama odeszłam od siebie, nie wiedząc już kim czy czym jestem. Rozszczepiłam się na milion małych kawałeczków. Na szczęście gdzieś na dnie wciąż jeszcze świadomego serca stęsknionego miłości i jedności ze Wszechświatem mieszkała nadzieja. A z nadzieją przyszła decyzja o powrocie do domu. Do siebie.

Kama2

Pojawił się buddyzm i medytacja. Głęboka, coraz głębsza świadomość i uważność. Wegetarianizm. Powróciła radosna twórczość, która zamieszkała w dwudziestu brulionach i kilku plikach Worda. I nareszcie zadecydowałam udać się na terapię, by zadać sobie właściwe pytania i powoli zacząć odkrywać prawdziwe odpowiedzi. By się poukładać w jeden kawałek, którym przecież byłam w dzieciństwie. By znaleźć pełnię w sobie, by być pełnią i jednością ze wszystkimi i wszystkim.

Czy się udało?

Wiem, że idę właściwą drogą. Odnalazłam swój tor. Polną ścieżkę, na której się nie biegnie, lecz idzie powolnym spacerem doświadczając rytmu zgodnego z Matką Naturą i twórczością świerzbiącą na liniach papilarnych małych dłoni. Może niektórzy widzą we mnie nawiedzoną wariatkę, bo przytulam się do drzew i rozmawiam z ze zwierzetami. Przeszłam na weganizm, nie imprezuję, nie piję alkoholu, chodzę spać o 22 a wstaję ze słońcem. Pieniądze? Raz są, raz ich nie ma- przecież takie jest życie, że rzeczy przychodzą i odchodzą podobnie jak ludzie.

Tak. Może faktycznie zwariowałam.
I w tym wariactwie odnajduję pełnię szczęścia.
Polecam wszystkim- czyste, dziecięce szaleństwo bycia pełnym samego siebie. Powrót do własnych, autentycznych korzeni przestał być luksusem, stał się koniecznością by przeżyć wszystkie dni, godziny i minuty we właściwym miejscu. W swoim sercu, które tańczy niepowtarzalnym rytmem, jedynym takim w świecie, w którym pojawiliśmy się ledwie na chwilę.


Zdjęcia: archiwum wlasne

Gdzie te autorytety?

london

Ostatnio często po głowie chodzi mi pytanie: jak zmotywować siebie do pracy twórczej? Bo jest ona niczym niepewna sinusoida, która po wytwornym skoku wzwyż tak samo szybko opada niczym płochliwy nastrój w deszczową pogodę. Czy jest możliwość zapanowania nad weną, nad tym co wszyscy artyści i rzemieślnicy nazywają górnolotnie natchnieniem? 


W świecie artystów

Jeżeli coś tworzysz, cokolwiek- nie ważne czy malujesz, tworzysz grafikę komputerową, miksujesz muzykę, piszesz wiersze, komponujesz zestawy ubraniowe, wiesz o czym mówię. Aby móc się oddać tworzeniu bez reszty musimy to czuć, to coś, co nazwiesz „flow”, pasją, natchnieniem, porywem serca, weną. W przeciwieństwie do etatowców i osób, które nie mają twórczych ciągot skazani jesteśmy na łaskę i niełaskę mocy twórczej- tego czegoś, skąd czerpiemy pomysły i materializujemy je w zgrabnych słowach, obrazach czy dźwiękach.

Jako osoba chcąca wykorzystać pełnię czasu -tu i teraz- nie godzę się na pojedyncze zrywy, które owszem są fantastycznym zastrzykiem życiodajnej twórczej krwi, lecz źle pompowana powoduje w rezultacie powolną śmierć komórek w artystycznym sercu. A taki na przykład Martin Eden Jacka Londona tworzył zawsze, niezależnie od weny, uczuć i sił. Może to jest sposób na twórczość i sztukę?

Martin Eden

O Martinie Edenie usłyszałam po raz pierwszy w audiobooku traktującym o technikach sprawnego blogowania. Potem kilka kolejnych lecz całkiem przypadkowych osób napomknęło, że to była książka ich życia; lektura odmieniająca sposób patrzenia na świat. I oto kilka dni później przechodząc obok gdańskiej biblioteki publicznej zauważyłam wystawiony karton ze starymi (żeby nie powiedzieć zrujnowanymi) książkami, które można było zabrać do domu.. Między pakietem poradników kulinarnych i przewodników podróżniczych, czekał on- poturbowany, posklejany i pachnący starocią Martin Eden, polskie wydanie z 1954 roku. Jak mogłabym go zostawić?

Książka czekała bezpiecznie na półce przez ponad rok.
I doczekała się.
Najpierw opornie zgłębiałam tajniki archaicznego stylu języka z początków XX wieku (Martin Eden został pierwotnie wydany w 1909 roku), po dwudziestu stronach zatopiłam się w lekturze bez reszty i śmiało mogę przyznać, że w dzisiejszych czasach wyznajemy niewłaściwe wartości i wierzymy w nieodpowiednie autorytety.

Martin Eden powinien być idolem dzisiejszej młodzieży, stał się nim dla mnie. Nie poprzez wyznawaną przez niego filozofię Spencera, nie poprzez nadmierny indywidualizm lecz poprzez upór w dążeniu do upragnionego celu. Oto portret człowieka, który postanowił zostać pisarzem- mimo klasy robotniczej, z której pochodził, mimo braku wszelkiego wykształcenia i niesprzyjających warunków. Postawił wszystko na jedną kartę- pisał dzień i noc, czytał, poznawał świat z kart książek, spisywał własne wizje, dopracowywał detale i w tym nieustająco trudnym szlifie stał się mistrzem wyprzedzającym własną epokę.

Smutne czasy wygody

Cóż natchnienie, cóż talent i wena! To ledwie iskierki które gasną po chwilowym świetle. I choć Martinem kierowała wyidealizowana miłość do kobiety z wyższych sfer, to w naszym przypadku motywacji może być tyle, ile jest ludzkich charakterów a wszystkie będą właściwe. Martin Eden jest zlepkiem luźnych wątków autobiograficznych. Jack London, był prostym człowiekiem wywodzącym się z klasy robotniczej posiadającym na początku swej drogi ledwie podstawowe wykształcenie. Do kariery pisarza doszedł sam poprzez głęboką świadomość tego, gdzie jest obecnie a gdzie chce być w przyszłości. Sam, niczym swój bohater- Martin Eden- pracował dzień i noc, często nie mając niczego w żołądku od kilku dni, by tylko stworzyć arcydzieło. Gdzie się podziali tacy ludzie? Gdzie są prawdziwie wielkie jednostki, na których moglibyśmy się wzorować?

Bo czyż nie jest tak, że gaśniemy zbyt szybko, poddajemy się łatwo, opuszczając strefę trudów i dyskomfortu, by rozsiąść się w wygodnym fotelu przed laptopem, tępo patrząc w kolejne piękne zdjęcia równie pięknych dalekich znajomych na Facebooku?

Skąd się wzięło w nas lenistwo? Czy to znak naszych czasów? Przyzwyczajamy się do tego, że wszystko jest łatwe i proste. Obiad na wynos gotowy w pięć minut, magisterka kupiona za tysiaka, przelew bankowy express. Od urodzenia mamy wszystko podane na tacy i choć to nie nasza prywatna taca, chętnie się nią zadowalamy poświęcając cenny czas na pseudożycie w cyberprzestrzeni. Nie ma w nas determinacji, tego pierwotnego zewu porywającego na wojnę z całym zakłamanym światem. Buntownicy i idealiści wyginęli; pojedyncze przypadki to za mało by zmienić świat. Tu trzeba zacząć od zmiany siebie. Wyplenić z umysłu lenistwo i stworzyć siebie na nowo. Aktywnego człowieka działającego w zgodzie z mentalnym rytmem serca, niezależnie co nim jest. Czy jest tworzenie, czy kochanie czy powrót do pierwotnych korzeni i instynktów.

W świecie pozbawionym autorytetów pozostaje szukać ich między kartkami kolejnych książek. Czerpać z pomysłów autorów i stworzonych przez nich bohaterów, odkrywać z nimi nowe lądy, wzorować się na zachowaniach, ktore dawno już przeszły do lamusa. Motywacji do własnej pracy szukałam wszędzie- w poradnikach, w filmach o samorozwoju, na coachingach czy po prostu radząc się doświadczonych znajomych. Prawdziwą motywację odnalazłam jednak całkowicie za darmo- między kolejnymi akapitami powieści Jacka Londona. Któż by pomyślał…


Zdjęcie: Jack London /  www.lettersofnote.com

Opuść patriarchat mądra kobieto

kobieta


Blog trochę podupadł w swej regularności, czemu winna jestem ja sama, jego autorka. Zaniedbałam stronę- przyznaję- wpisy powinny pojawiać co najmniej raz w tygodniu, wskutek roztargnienia rodziły się jednak rzadziej. Jak to bywa w życiu emocjonalnej kobiety, emocje żądzą jej kruchym życiem, niby właściciel marionetek posłusznie zawieszonych na cienkich lecz długich sznurkach. Toteż poruszały i mną, odwracając uwagę od niektórych ważnych spraw zewnętrznych.

Śpieszę od razu wytłumaczyć, że czas ten nie był czasem lenistwa. Bynajmniej! Był to czas pisania, rozmyślań nad życiowymi celami, pracy terapeutycznej i powrotu do korzeni. Tych rosnących głęboko pod psychiczną, gliniastą ziemią, gdzie zawiera się cała przeszłość i przyszłość jednocześnie.

Książki sprzyjające rozwojowi

Czas sprzyjał czytaniu i poszukiwaniu książek i artykułów o kobietach, matriarchacie, Animusie w kobiecej psychice i rozwoju kobiecości w ogóle. Ze smutkiem muszę jednak stwierdzic, że na temat rozwoju kobiecej jaźni nie poświęcono zbyt wiele uwagi, a jeśli już to pobieżnie i zero-jedynkowo. Oprócz „Biegnącej z wilkami” Clarissy Pinkoli Estes udało mi się jeszcze dotrzeć do „Kobiecości w rozwoju” skandynawskiej analityczki ze szkoły Junga Pii Skogeman oraz „13 pierwotnych matek klanowych” Jamie Sams. Są również książki, które zawierają wszystkie wyżej wymienione elementy, choć ich treść traktuje je wyrywkowo; nie było bowiem celem autorów skupić się na tychże tematach. I na tym bazując mogę dodać:„Drogę Artysty”, Julii Cameron, „Być kobietą i nie zwariować” Katarzyny Miller oraz „Kobietę bez winy i wstydu” Eichelbergera. 

Ku własnej i innych uciesze dowiedziałam się także, że nasza polska Katarzyna Majak pracuje nad książką przedstawiającą portret 29 uduchowionych kobiet, żyjących niekonwencjonalnie, czyli w zgodzie z cyklami Ziemi i Natury a także z dawną starosłowiańską tradycją- obecną niegdyś jeszcze przed chrześcijaństwem i rozwijającą się równolegle, choć nie za społecznym przyzwoleniem.„Kobiety Mocy”, to książka społeczna- powstająca na zasadzie wspólnych wysiłków i zbierania funduszy. Autorka ponadto inwestuje w żywy przekaz- powstają publiczne wystawy zdjęć 29 bohaterek, organizuje warsztaty dla kobiet, które chciałyby bliżej poznać Kobiety Mocy- Czarownice, Pustelniczki, Uzdrowicielki, Zielarki, Indianki i Szeptuchy i dotrzeć do samych siebie- jeszcze nie do końca uświadomionych czarownic, zapomnianych przez lata kultury, która nie sprzyjała rozwoju duchowości.

Bo w istocie, my kobiety, posiadamy te wszystkie cenne właściwości, choć wiele z nas jeszcze nie dotarło do ich prawdziwego, głębokiego źródła, które bije pod gorącym sercem. Wszystkie jesteśmy uzdrowicielkami, marzycielkami, artystkami i mistyczkami. Bardziej niż mężczyźni żyjemy bliżej ziemi i natury, bo ta jest kobietą. Ona rodzi, ona łapie w objęcia, przytula i pozwala umrzeć temu co przyszło. Nikt lepiej niż my nie zrozumie cykliczności, prawa rodzenia i odchodzenia. Jesteśmy intuicyjne a jeżeli dobrze kierujemy wewnętrznym rozwojem i integracją tego co męskie i żeńskie, to również mądre i doświadczone.

Rozwój a społeczeństwo i kultura 

Dla każdej z kobiet głęboki, świadomy rozwój dążący do pełni rozpocznie się w innym okresie życia. Dla jednych będzie to wczesna młodość lub dzieciństwo, o ile kobiecie sprzyjają warunki i kultura, dla innej będzie to wiek średni lub okres menopauzy. Czasem jednak impulsem popychającym do rozwoju własnej kobiecości jest całkowita niezgoda na patriarchat w którym niestety wciąż żyjemy. „Kobiety są dla mężczyzn, kobiety powinny być takie jak życzą sobie mężczyźni, życie kobiety bez mężczyzny jest jałowe i puste”. Pisząc te słowa, obecne w nawykowym myśleniu wielu jeszcze kobiet, rodzi się we mnie głęboki bunt. Bo kobieta nie jest dla mężczyzny i sama w sobie jest całkowita i pełna. Nie umrzemy bez mężczyzny, nie musimy mieć obrączki na serdecznym palcu ani gromady uśmiechniętych dzieci by być spełnioną kobietą.

Niektóre kobiety tak bardzo dotknięte tym schematem, starają się na siłę udowodnić światu że tego nie potrzebują i wykształcają w sobie szereg cech typowo męskich, zapominając o kobiecie w sobie. A nie o to przecież chodzi! Nie w skrajnościach siła, lecz w pełni, równowadze i całkowitej harmonii. Clarissa Pinkola Estes w „Biegnącej z wilkami” wielokrotnie zwracała uwagę czytelniczkom, by znaleźć mężczyznę dojrzałego, który rozumie dzikość i kobiece instynkty. „Znajdźcie mężczyznę, który rozumie(…)”, to jeden z pierwszych kroków, by wyrwać się z patriarchatu.

Potrzeba samodzielnego myślenia

Na szczęście są mądrzy mężczyźni, tuż obok nas; mężczyźni dojrzali, doświadczeni, wychowani przez mądre i świadome kobiety. Wojciech Eichelberger w wielu książkach pisze o potrzebie wyrwania się z patriarchatu, wskazując jednocześnie na przykre skutki poddawania się bezmyślnej choć niekiedy bardzo utajonej dyktaturze mężczyzn.  I nie myślcie, że będzie łatwo. Bo ludziom nie na rękę nasze wyzwolenie. Często będziemy postrzegane jako niepokorne buntowniczki, również przez same kobiety, co to inwestują energię i własny potencjał w piękne, wabiące równie pięknych rycerzy powierzchowne zamki, zamiast w Czarownicę żyjącą tuż pod naskórkiem… Ludzie, którzy słuchają (lecz nie slyszą) o czym mówię, myślą, że stałam się feministką, lecz jest to całkowite niezrozumienie i uproszczenie. Bo rozwój kobiety nie jest feminizmem. Feminizm był ledwie zaczątkiem, krzykiem który utknął w martwym punkcie. Pełen rozwój polega na całkowitym zrównoważeniu tego co żeńskie, jak i tego co męskie w sobie samym.

Przeczytaj także:


Zdjęcie: kobieta.wp.pl

A gdyby tak przekroczyć linię horyzontu?

inde


Sprzedaj lodówkę i jedź dookoła świata

-Pewnego dnia straciłem wiarę w to, że Europa to pępek świata- ciągnął Sergio.- To był zwykły dzień, taki sam jak inne. Byłem nauczycielem, miałem więc pewną pracę, dom, narzeczoną…
Zdecydowałem, że muszę to wszystko zostawić, przelecieć wielką wodę i znaleźć się tu, w Ameryce Południowej. Zacząłem podróżować i uczyć się, musiałem otworzyć umysł, przemyśleć o co mi w życiu chodzi, czego chcę i po co. Dlaczego? Chciałem poznać, a może dopiero odkryć inny świat. (…)
To tu zdałem sobie sprawę, że w plecaku mam same niepotrzebne rzeczy. Naprawdę nie potrzeba sześciu koszul czy czterech par spodni, aby żyć. Trzeba zwalczyć w sobie uzależnienie polegające na ciągłej konieczności zaspokajania pozornych potrzeb. Widziałem głód, ale także radość ludzi. Coś nie do pomyślenia w naszej dzisiejszej Europie, gdzie panuje chciwość, oszustwo i zawiść. Wyciągi z konta, wielkie samochody, znane marki, urządzenia elektroniczne przytłaczają nas i powodują w efekcie smutek, choć po powrocie z pracy nasz stół ugina się od przysmaków. Zrozumiałem, że tam, gdzie ludzie nie mają nic, myślą o tym jak przeżyć, jak iść do przodu. Tam, gdzie jest wszystko, ludzie narzekają, bo zawsze jest im za mało.

W czasie mojej podróży spotkałem wiele osób, które uświadomiły mi, że życie mija zbyt szybko, by warto było tracić czas na pracę tylko po to, aby dotrzymać kroku innym, by nie mieć mniej. Pracować, aby kupić dom, samochód, superciuchy.(…) 
Tutaj przekonałem się, że Europa jest zimna, bo ludzie nie są blisko siebie. Nie wymieniamy uścisków ani uśmiechów. A gdy ktoś spojrzy na nas w metrze, uciekamy wzrokiem. Pracujemy bez większej ochoty, bo zawsze znajdzie się się jakiś szef czy kolega z pracy, który działa nam na nerwy tak bardzo, że jej nienawidzimy… Wracamy do domu wykończeni. To chwila, by zjeść kolację i powiedzieć swojej połowie jak bardzo jesteśmy wkurzeni z powodu tego gościa z pracy, którego nienawidzimy, no i z powodu korków, w których tkwiliśmy przez ponad godzinę. Ale było warto, nadal mamy pracę, dzięki której kupimy nowy telewizor z płaskim ekranem, czterdzieści dwa cale, w którym idealnie widać, że książę Monako nadal jest kawalerem a Ricky Martin powiedział, że jest gejem.”

Życiowa misja

To fragment książki nieżyjącego już Kacpra Godyckiego-Ćwirko, Sprzedaj lodówke i jedź dookoła świata. Przeczytałam ją w trzy dni i wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Bo Kacper w zasadzie zrobił, to co zawiera się w krótkim i zabawnym tytule- porzucił pozornie bezpieczny, korporacyjny świat i wyruszył ze swoją misją odkrywcy i pasjonata poznać inny świat. Ten bliższy natury i prawdy. Postawił wszystko na jedną kartę- kolejne akapity udowadniają, że nie wybierał taryfy ulgowej. Wtapiał się w tłum, by do cna poznać kulturę i tradycję mieszkańców, nie raz zbliżał się do krawędzi zdrowia i choroby; poznawał, smakował, żył z całą (niekiedy bolesną) intensywnością.

Parę razy zastanawiałam się czy będąc na jego miejscu, a jednak znając datę swojej śmierci, również żyłabym tak intensywnie? Czy nie przystopowałabym, aby odciążyć nie do końca wydolny organizm aby posłużył mi na dłuższe lata? Myślę, że to retoryczne pytanie zadaje sobie niejeden szaraczek tkwiąc na miękkiej kanapie, kiedy w górach ginie kolejny himalaista. Po co to robić, skoro to niebezpieczne? A no właśnie… A po co żyć? Pytanie jak chcemy, by wyglądało nasze życie. Prosto, zwyczajnie, schematycznie, dzień za dniem? Czy raczej intensywnie w całej jego różnorodności, choć z potencjalnymi niebezpieczeństwami? Tu, każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Wszak różnimy się- mamy inne charaktery, cechuje nas inna wytrzymałość lęki i marzenia.

Żyj jak w filmie

Zupełnie niedawno natknęłam się na książkę, której tytułu nie pamiętam, nie jest to jednak teraz istotne; w każdym razie, autor przyrównał życie człowieka do filmu. Każdy żyje innym filmem i według innego scenariusza. Wyobraź sobie, że w wieku siedemdziesięciu czy osiemdziesięciu lat mógłbyś dostać taśmę z nagraniem z własnego życia. Co zobaczysz? Nudny tasiemiec, po którym śpi się jak dziecko, czy może przygodowy film akcji, w którym jesteś dobrym, nietuzinkowym bohaterem spełniającym swe najgłębiej ukryte w sercu pasje? Kim chcesz być? jak chcesz żyć? Kto jest Twoim bohaterem? I najważniejsze pytanie- dlaczego nie być nim samym dla siebie…?

Czytałam wiele książek podróżniczych, ale historia podróży Kacpra jest inna. Zawiera w sobie  wiele przemyśleń na temat tego dokąd zmierzamy, po co nam posiadanie i co zrobić z czasem który pozostał. A zwykle myślimy, że jest go sporo. Tu, życie pokazało, że zawsze mamy mniej czasu niż sądzimy, więc nie odkładajmy życia na później. Później może nigdy nie nadejść…

sprzed


Zdjęcia:
1). www.driverabroad.com
2). ksiazki.wp.pl

Niech koniec będzie początkiem

Boimy się wszystkich końców. Końca wolności, ostatniego dnia w starej pracy, przeprowadzki, końca związku, końca bycia singlem, studentem, kobietą bez zobowiązań lub kobietą zobowiązaną. Dlaczego tak bardzo boimy się momentów granicznych i tego co zwiastuje metaforyczną śmierć?

sunrise-photography


Śmierć na zakręcie

Zmiana jest śmiercią w sensie metaforycznym, symbolizującym utratę czegoś cennego lub znanego, swojskiego i bezpiecznego. Każdy z nas boi się śmierci z jednego prostego powodu- nie wiemy co będzie dalej. A gdybyśmy wiedzieli? To czy nadal kierowałby nami strach?

Ekstrawertycy mniej boją się wielkich zmian, introwertycy bardziej, jednak strach jest wspólny dla każdej jednostki niezależnie od uwarunkowań psychicznych. Zmiana jest jednym wielkim zakrętem. Za nim możemy spotkać wspaniałą otwartą przestrzeń z nowymi możliwościami, nieznaną, pociągającą drogę lub wielkie drzewo, którego nie sposób będzie wyminąć przy zawrotnej prędkości. Możemy wygrać, możemy przegrać…

Wygrana kontra przegrana

Przegrana jednak jest zawsze tylko pozorna, bo nie sposób przegrać na zmianie. Nawet jeśli postawiliśmy wszystko na czarnego konia ze złamaną nogą, to wciąż jesteśmy wygrani na wielu poziomach. Wygraliśmy odwagę, doświadczenie, ekscytację i poznanie nowego.

Półtora roku temu zdecydowałam się zostawić wszystko co miałam i wyjechać za granicę- do Norwegii, całkowicie sama. W Polsce został chłopak, przyjaciele, język, znane miejsca i wszelkie poczucie bezpieczeństwa. Rzuciłam pracę, ulokowałam całą energie i oszczędności w Skandynawii i po kilku miesiącach wróciłam do kraju złamana wpół. Lecz tylko chwilowo, wszak każdy wielki przełom zaczyna się od złamania psychicznego kręgosłupa a potem jest nieznana i trudna droga pod górę. Im ciemniej i niebezpieczniej, tym radośniejszy będzie wschód słońca.

Zupełnie niedawno przeglądając wywiady z ciekawymi ludźmi na youtube, natknęłam się na rozmowę z Marią Peszek. W wywiadzie opowiedziała pytającemu, co oznacza zacząć żyć na nowo(cyt.):
„(…) Przychodzi taki moment w życiu, kiedy zdajesz sobie sprawę, że jesteś głeboko nieszcześliwy. U mnie to byly dość dramatyczne okoliczności- zapaść, zakręt życiowy, gdzie jedynym wyjściem było uciec, przestać żyć. Wtedy zadałam sobie pytanie, ale tak naprawdę dlaczego tak jest i od czego zależy i kiedy odpowiedź była jedna, że zależy ode mnie, to wtedy wszystko się odwróciło. (…) Zalamanie bylo bardzo nieprzyjemnym przeżyciem (…) ale to fantastyczna rzecz; katastrofa, która zmienila Marię Peszek na zawsze. Załamanie zmienia patrzenie na świat.”

Kwestia patrzenia

A więc boimy się zmian i końców, bo nie wiemy jak je przeżywać, w jaki sposób ich doświadczać. Najlepszym rozwiązaniem jest akceptacja każdego końca, każdej nadchodzącej zmiany w sposób spokojny i świadomy. Zmianę trzeba poczuć, przyznać się do niej, podziękować staremu, za to czym było i jak nas wykarmiło, dać sobie czas na zasymilowanie się w nowej sytuacji i otwarcie ramion na to co nadchodzi. Oby bez rzucania się w wir zapomnienia, bo nie o to chodzi. Aby wycisnąć przeszłe doświadczenie do cna, trzeba dać sobie czas i być wdzięcznym za wszystko, za każdą cenną naukę.

Przeżywając w ten sposób każdy koniec, śmierć, rozłąkę czy nadchodzącą niepewną sytuację, staniemy się silniejsi bo bardziej świadomi tego co jest. To my decydujemy czym jest zmiana i jaka będzie. A zaczyna się od nastawienia i pełnej akceptacji.


Zdjęcie: www.mrwallpaper.com
Cytat  z: „20 metrów kwadratowych łukasza”: https://www.youtube.com/watch?v=2oNKrlPkVGE